Kontrakt pomiędzy hodowcą, który zobowiązuje się dostarczać codziennie 10 skrzynek kurczaków do punktu konsumpcji rożna, nie jest niczym niezwykłym.
Ale czy jesteście sobie w stanie wyobrazić takiego myśliwego, który zobowiąże się dostarczać codziennie 10 skrzynek bażantów przez okrągły rok?
Kurczak do bażanta nawet trochę podobny, ale to bażant jest elitarnym i niepowtarzalnym trofeum, z którego upolowaniem wiąże się cała wyprawa i historia.
Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego sesja w studio trwa najwyżej godzinę podczas, gdy sesja plenerowa to minimum 4-5 godzin.
Bażanty nie są głupie!
Same pod lufę nie podchodzą. Potrzeba przebiegłości, refleksu, wieloletniego doświadczenia i przyzwoitej dwururki, żeby z polowania nie wrócić z pustymi rękami.
Wydajność studia bierze się stąd, że wszystko jest naszykowane, przetestowane i gotowe.
Eleganckie zabudowania i skomputeryzowana linia hodowlana robi wrażenie. Oczywiste jest więc, że kurczaki swoje kosztować muszą i już tańsze nie będą.
Obserwuje się ostatnio taki trend, że może by tak powrót do natury. Tyle się mówi o bażantach, które stają się ostatnio bardziej modne i w ogóle trendy.
Myśliwy nie musi posiadać zabudowań, ani płacić KRUS-u, więc konsumenci błędne zakładają, że produkty myśliwych powinny być tańsze. Niektórzy rolnicy zwietrzyli okazję i podają się za myśliwych. Z klientem nie ma się co kłócić - mają być zdjęcia ślubne - bardzo proszę. Przy pomocy scyzoryka można upolować żabę, żółwia a nawet jakąś chorą wiewiórkę, spoko - jakieś portfolio się skleci. Jeśli jednak szczęście opuści takiego myśliwego to niestety trzeba się będzie zadowolić larwami palmy kokosowej. W internetowym formacie chitynowe pancerzyki chrupią podobnie, jak skórka pieczonego bażanta, ale żeby tak samemu - coś okropnego!
PS-owa kuchnia potrafi jednak zdziałać cuda. Jak się to wszystko odpowiednio rozbeble, gustownie przyozdobi, a klientowi wytłumaczy, że w szlachetnych garkach było robione i że to tak właśnie miało być, to czemu nie?
Nie od wczoraj wiadomo, że siła sugestii potrafi zdziałać cuda.
Niezwykła kosztowność wyprawy na Madagaskar z pewnością doda kolorytu walorom smakowym upolowanych potraw.
Jak się ktoś uprze na prawdziwą męską przygodę to jego wola, ale czy nie lepiej, smaczniej i wygodniej, byłoby sobie sprawić przyzwoitego kurczaka z rożna w cywilizowanych warunkach?
Ale zejdźmy na moment z kulinarnych klimatów.
W studio warunki zewnętrzne się nie zmieniają. To sprawia, że wyuczone scenariusze oświetlenia można realizować rutynowo i szybko.
W plenerze już tak nie jest. Niemal zawsze zdjęcia plenerowe robi się w kontekście jakiegoś sposobu oświetlenia, a to oświetlenie zmienia się w ciągu dnia. Kiedy chmury na przemian zasłaniają i odsłaniają słońce sytuacja ze światłem zmienia się zasadniczo.
Plener ma swoje niezaprzeczalne zalety:
Alei 150-cio letnich dębów, zamków, ani dorastającego żyta nie da się wnieść do tzw. studia.
Ta różnorodność obiektów przekłada się na ilość motywów, które da się wyłuskać.
Każdy motyw można sfotografować na wiele różnych sposobów, różne kadry, różne światło.
Para Młoda to kolejna bardzo duża zmienna, nad którą fotograf ślubny powinien dać sobie radę.
Udane zdjęcie ślubne to takie, na którym wszystkie te aspekty się udały i razem zagrały.
Wytłumacże to jeszcze inaczej w ten sposób:
Wyobraźcie sobie, że z każdego zdjęcia można wyodrębnić następujące aspekty:
Jak wyszła mimika u Pani Młodej
Mimika Pana Młodego
Sylwetka Pani Młodej
Sylwetka Pana Młodego
Ich wzajemna relacja sylwetek
Kadr
Kompozycja
Gdzie jest ostrość
Głębia ostrości
Oświetlenie (w szczególności na twarzach)
Równowaga kolorystyczna
Kwestia poruszenia zdjęcia - czasami lekko poruszone zdjęcie zyskuje, ale to absolutny wyjątek
A teraz każdemu z tych aspektów przypiszmy skalę od 1 do 10 (1 to nieudane, a 10 to tak, że lepiej już nie można)
A teraz wyobraźcie sobie, że fotograf ma ambicję cykać tak zdjęcia, żeby w każdym z tych kryteriów osiągnąć same dziesiątki.
Ani ja tego nie potrafię, ani żaden inny fotograf ślubny.
No może przesadziłem. Być może nawet spora ilość dobrych fotografów coś takiego potrafiła by zrobić, na takiej zasadzie, że przed każdym zdjęciem analizować dokładnie i tak wycyrklować, żeby się udało.
Sęk w tym, że taka sesja musiałaby być niesłychanie nudna.
Szansa na upolowanie charakterów Młodej Pary będzie równa zeru.
Żaden z fotografów mody, których miałem okazję widzieć w akcji w TV nie robi tak zdjęć.
Wartość zdjęć ślubnych w znacznej mierze polega przecież na pokazaniu emocji u Pary Młodej.
Takie efekty uzyskuje się cykając makabryczne ilości zdjęć.
W trakcie samej sesji następuje weryfikacja i wprowadza się zmiany a wszystko to w taki sposób, żeby modelka nie straciła tzw. weny do pozowania.
Niemal każda Para Młoda ma wątpliwości i obawy jak się uda sesja plenerowa i na ile wdzięcznym albo beznadziejnym "materiałem" się okażą.
Jak Wam cyknę 1000 zdjęć to się do tego przyzwyczaicie.
W ciągu pierwszej pół godziny będziecie się może stresować, ale stresowanie przez 5 godzin jeszcze nikomu się nie udało!
Przyzwyczaicie się do swojej roli - to raczej pewne.
Jest jeszcze jedna ważna sprawa:
- Eksperymenty!
Im bardziej nietypowe zdjęcia uda nam się wykreować tym lepiej.
Im bardziej będzie się różnić od typowych ujęć, jakich pełno dookoła tym lepiej.
Im bardziej absurdalne światło uda się stworzyć tym zdjęcie bardziej będzie się wyróżniać.
Eksperymenty mają jednak to do siebie, że w większości produkuje się materiał godny kosza, ale czasami uda się cyknąć takie zdjęcie, żeeee.... :-)))))
Właśnie podałem przepis jak zrobić 1000 zdjęć z sesji plenerowej i wrócić z sesji masakrycznie zmęczonym.
Z całości obrobionego materiału ok. 200 zostanie wybranych do dalszej eliminacji.
W tych 200 nadal będą serie dość podobnych do siebie zdjęć. Trzeba je poddać kolejnej obróbce w celu zróżnicowania i wybrania tych, które dostąpią przelania papier.
W rezultacie powinno powstać ok. 50 dość dobrych i różnorodnych zdjęć plenerowych.
Ta ilość może być trochę mniejsza lub trochę większa, aczkolwiek jest to kwestia tego, jak bardzo wysoko ustawi się poprzeczkę przy wyborze tych najlepszych.
Duża ilość zdjęć jest z jednej strony dobrodziejstwem z punktu widzenia jak najlepszych rezultatów, ale z punktu widzenia czasu, jaki trzeba poświęcić na obróbkę to - koszmar!!!
Może sobie teraz pomyślicie, że ściemniam. Podobno część fotografów ślubnych ma w swojej ofercie opcję sprzedaży zdjęć nie obrobionych. Być może niektórzy robią to tak, że przeglądają surowy materiał i do dalszej obróbki wybierają te, które rokują jakieś nadzieje.
Ja na takiej zasadzie jestem w stanie wyeliminować na wstępie jakieś 10 % materiału. Co do reszty nie potrafię zająć stanowiska na etapie wstępnego przeglądania.
Żeby to ocenić, trzeba zdjęcie otworzyć, powiększyć, ocenić ostrość, wyregulować jasność i skoro już tu jesteśmy, to warto skończyć robotę do końca. Tym sposobem dokonuję wstępnej regulacji niemal wszystkich zdjęć.
Nie należy się zbytnio śpieszyć z eliminacją, bo niektóre zdjęcia są niepozorne - niby nic szczególnego. Dopiero po dalszej obróbce rozwijają skrzydła.
Obróbka zdjęć nie jest moją pasją - to ciężka katorżnicza harówa wyprana z doznań estetycznych. A najgorszy jest początek. Otwieram surowy materiał i się dziwię co za bałwan to cykał. Z pozoru żadne zdjęcie nie wydaje się dobre.
Kiedy już jednak przebrnę przez te setki jeśli nie tysiące i dokonam wstępnej selekcji to dopiero od tego momentu praca zaczyna być przyjemnością. Trzeba usunąć wszelkie wady i niedoskonałości zdjęcia - zwłaszcza jeśli dotyczą bezpośrednio Pary Młodej.
Jeszcze trochę prostych efektów i gotowe.
Wróćmy do różnic pomiędzy takim plenerem a typową sesją studyjną.
Jeśli o mnie chodzi to w ciągu jednego dnia mogę zrobić zdjęcia plenerowe najwyżej jednej Parze Młodej.
Często sesje przeciągają się do momentu, gdy światła dziennego już prawie nie ma. Jak bym się uparł i zrobił w tygodniu trzy plenery, to jest więcej niż pewne, że zapcham się robotą przy komputerze na kolejny tydzień.
Zdarzało się, że plenery trwały 12 godzin. Raz sesja trwała do 3 nad ranem (przez Młodych skończyliśmy - oni pierwsi wymiękli), a w końcu października 2008 wróciłem do domciu ok. 23.
Calutki mokry, spocony, błoto powyżej kolan, piasek w każdym zakamarku.
Żona w ciepłym łóżeczku z ryjem na mnie, że mnie chyba porąbało - no więc tłumaczę, że w Nieborowie przemiłe panie pozwoliły nam napalić w kominku,
Kochanie! - suknia Ci się jara.
że mam zdjęcie Śpiącej Królewny,
Zdjęcie nocne
której o mało nie przejechał pociąg

i spadający meteoryt w tle.

"Ty się facet powinieneś leczyć! - jazda do wanny!"
Potem się jeszcze nasłuchałem, że jestem głupi na własne życzenie i jest jej mnie żal. :-(
.
.
.
Kiedyś sam byłem Panem Młodymi - trafiłem do jednego bardzo polecanego studia.
Okazało się, że facet na zrobienie docelowych 20 póz potrzebował zaledwie pół godziny. Co pół godziny miał klientów, więc jeszcze jak odejmiemy czas na wymianę ludzi, to na zdjęcia musiał poświęcać najwyżej 20 minut.
Nie wątpię, że produktem byłoby 20 ujęć o zupełnie poprawnym wykonaniu pod względem technicznym. Mnie nie o to chodziło. Gdy się dowiedziałem ile czasu będzie trwała sesja, podziękowałem i wyszedłem.
Nie mam nic przeciwko fotografii studyjnej. Ma ona swoje niewątpliwe zalety, jak: niezależność od pogody, całkowita kontrola światła i duża szybkość pracy.
Nie ma żadnych powodów, żeby w studio nie realizować sesji autorskich; zdjęć w ruchu, zdjęć tzw. wysokiego ryzyka. Można by było przytrzymać Parę Młodą 3- 4 godziny, nawiązać z nimi bliższy kontakt - wygenerować u nich jakieś emocje i zrobić te minimum 500 ujęć do dalszej obróbki.
Tylko po co?
Klienci tego nie wymagają, a już na pewno za coś takiego nie zapłacą.
Od kilku lat rodzina suszy mi głowę, żebym się ustatkował i założył studio.
Wszystko to, co można zrobić w studio, jestem w stanie zrobić w plenerze, a nawet dużo więcej. To po co?
Odpowiedź dostałem gotową:
"Po pierwsze - Nie będziesz przyjmował ludzi w swoim zapyziałym pokoju, bo ludzie gotowi są pomyśleć, że dopiero zaczynam,
"Po drugie - Nie będziesz się włóczył w listopadzie po lasach",
"Po trzecie - Przyjmiesz kilka Par Młodych w tym samym czasie, weźmiesz o wiele większe pieniądze i wrócisz do domu wypoczęty",
"Po czwarte - Będziesz miał dla nas więcej czasu"!
A do niedawna mógłbym jeszcze dopisać: "Nie będziesz dokładał do zdjęć ślubnych z budżetu domowego"
No i co?
Czy są to wystarczająco dobre powody?
Sam jestem ciekaw, jak to się dalej potoczy.
Wszelkie podobieństwo wątków do Robinsona Kruzoe, jest czysto przypadkowa.
Serdeczne podziękowania dla żab, żółwi, latających wiewiórek, a w szczególności larw palmy kokosowej za ich nietypowy wkład w rozwój fotografii ślubnej.
Zapewniam, że podczas pisania tego działu, żadne z tych zwierząt nie doznało uszczerbku na zdrowiu fizycznym, psychicznym, ani nie zostało zmielone (czego nie można powiedzieć o mnie) ;-))
|